Pomiędzy ścian połowami.
Oddzieleni sobie sami.
Zwą się istotami – singlowcami.
Nigdy w rodzie, jak w tłoku między owcami.
Modnie, wygodnie, spokojnie i rozwojowo sobie samym, tak łatwo żyć ciągle na nowo.
W programie i nakładce nowych czasów.
Samotnych końcówek, niby szczęśliwych zarobasów.
Co nie potrzeba im nikogo do bycia w szczęśliwości, bo nie czują smutku z samymi sobie w ułudzie radości ludzkości.
Pamiętam splot wydarzeń, tłumy ludzi, moc ich wrażeń. Wspólne stoły, tłumne w śmiechy i streszczeń opowieści, kilkadziesiąt razy w roku spotkań wzroków, bliskich i mniej dalekich, zdrowych, smutnych i kalekich.
Wszystkich razem stół tak doniedawna łączył, w małych pomieszczeniach, radość sączył.
Teraz pusto, cicho, beznamiętnie snują w mediach szczęścia brednie, w samych w sobie mamy szukać. Ej! Chyba ktoś chce nas oszukać?
Człowiek przecie zwierzę stadne, owszem sam w sobie zaradne, ale w rodzie ma być przecież, w połączeniu na co dzień, czyli w rodzinie, czy w spleceniu serc, bez ślubów w dwojgu rodzi się zaiste ludzkości życie. Nie w singlowym klubie jednoosobowego ego,
co nie ma żadnych większych spraw w życiu i raczej boi się ruszyć na całego, lub po przejściach wiele serc poszlachtanych. Siedzi samemu i czeka na wygojenie się ran i zmiany. Twierdząc, że im tak dobrze na samotni kosmosu, nie odzywając się z żywego swego głosu. Jedynie palcami, kciukowatościami przebierając po ekranach, ale ci super odmiana.
Miłością karmiąc się samemu sobie, wszystko dla siebie w całości, nigdy w połowie.
Tak stało się temu ze dwie dekady i raczej z tych programów mało kto wyjść dał radę.
Pomnażać szczęście można parami, ale to źle kojarzone jest minionymi latami, gdzie mnóstwo ran ludzie wzajemnie sobie zrobili i wyszli poniekąd na ocenionych debili.
W tej jednej chwili…
grzegoSłav©