Szarość codzienności przemijania chwil, utleniam.
Wybielającym wdechem głębokim,
fasetowym szlifem diamentu,
szeptami światła obdarowuję,
ucząc się mnożyć więcej tego wewnątrz mnie.
Oglądam wiatr przeganiający blask słońca po lustrze wody.
Topnieje lód w cieple południa.
Odsłaniając co raz więcej tafli wodnej.
Odbijającej nieboskłon niebieszczącego się nieba.
Trochę marznę w wiosennym przebudzeniu.
Z samotną parą dłoni tęskniących za czułym dotykiem.
Wiedząc, że ten czas za chwilę przeminie.
Korzystam sobie, dla siebie i w sobie.
Swoją jaźń szlifując.
Najpierw matowienie poprzez smutku nieznanej mi tęsknoty zaistnienie.
Serca obruszenie.
Duszy z ciałem wygojenie.
By następnie przejść do etapu polerowania.
Miłości odczuwania do siebie i otaczającego mnie świata.
Cykli nakładów czasu to errata.
Całkowicie do poprawki.
Przy okazji spijam przedostatniego łyka wystudzonej kawki.
Tym razem samotnie i nie z mojego wyboru,
dlatego, iż wcześniej nadałem emocjom swoim zbyt dużego splendoru
i ujścia wodospadem blasku wartkiej wody.
Spłukującej wszystkie fałsze iluzoryczności, jej przeszkody.
Przy okazji żegnając na zawsze wszystkich „bliższych” gości.
Co znali się ze mną w swoim zakłamaniu, chełpliwej nieuczciwości.
Teraz w ciszy milczenia obrabiam swój kamień do brylantowego zaistnienia.
Pełen blasku diamentowego iskrzenia światła miłości do serca brylantu wzniesionego.
W tym jestem z cichym szelestem, bawiąc się tekstem.
grzegoSłav©