Zgubiłem po drodze swą cenną lustrzankę,
właściwie to ją na szlaku zostawiłem,
gdy do przodu spokojnie kroczyłem.
W dodatku z minionych chwil ujęć film prześwietliłem.
Coś mi w niej z lekka przeszkadzało.
Jakoś tak grało i przestawało,
z emocji emanacją niebywałą.
Ujrzałem w podobieństwie, to co we mnie istniało.
Czasami współgrało, czasem przeszkadzało.
Będąc bardzo często pod antypatii okupacją,
wyrwałem siebie z tej matni natłok.
Mnie ogarniający, spokoju łaknąc.
Strumień rwący słów ciągnących się bez liku.
Zapragnąłem zatrzymać ten czasu wehikuł.
Lustrzankę gubiąc po drodze, towarzyszącą w moim marszu na codzień.
Teraz idę przed siebie jedynie słuszną drogą.
Która w spontanicznym marszu powstaje.
Już dawno nie gonię do sedna.
Cel ze środka mego wnętrza nadaję.
Z ukierunkowania swego, rzadko odstaję.
Niespiesznie kroczę naprzód,
do celu postępując, nawet specjalnie nie galopując.
Lekkim chodem niczym kłusem, swoje wspominki w słońcu suszę.
Uwalniam duszę, napawam lekkości stanem.
Wszystko mam w sobie, na stałe.
Ofiarowane, zamontowane.
Jedynie pamiętać mam o Tym.
Czasem zapomnę i jest to niebywałe.
Cel zazwyczaj w trakcie drogi powstaje…
grzegoSłav©